Szutermaster – Iwonicz Zdrój

W kwietniowym wydaniu magazynu bikeBoard ukazał się artykuł o prowokacyjnym tytule “Gravelowe imprezy, które zawładną Twoim światem” opisujący co ciekawsze wydarzenia blisko nas, zebrane do wspólnego mianownika “wyścig po szutrze“.

Dzisiaj już wiemy, że świat w kolejnych miesiącach został zawładnięty przez zupełnie inny temat, nic z wyścigami na gravelach wspólnego nie mający. Było sporo cyferek, wykresów i porównywania, kto ma więcej i czego. Przebadano miliony próbek, ich wynik też wzbudzał dużo emocji i to chyba ostatnia analogia do kolarstwa. Z opisywanych imprez w planowanych terminach w większości gówno wyszło.

Co tutaj znajdziesz?

Poniższy materiał jest subiektywną opinią autora na temat udziału w pierwszej edycji cyklu gravelowych wyścigów Szutermaster.

Edycja pierwsza (przez niektórych nazywana edycją 0) odbyła się 25 lipca 2020 w Iwoniczu Zdroju.

Więcej na temat samych zawodów, wyniki oraz terminy kolejnych edycji znajdziesz na stronie: szutermaster.pl

We wspomnianym na początku artykule, miałem akapit o mokrym śnie o ameryce. Setkach gravelowych imprez w stanach, nastawionych nie na sportowy wynik, a na integrację społeczności. Pisałem o “festynach, prawdziwych świętach  małych miasteczek pośród pól kukurydzy i szutrowych dróg. Uśpionych przez cały rok, na jeden dzień stających się gospodarzem igrzysk. Piwo, stejki, tandetne przekąski w formacie XXL, guma balonowa i szeryf wstrzymujący ruch samochodów, bo trwa przecież wyścig….” Pisałem też o zazdrości, bo taka formuła nie miała prawa zaistnieć w polskiej rzeczywistości.

Oh. Wait!

Od kilku dni słyszę ahy i ochy nad przed chwilą odbytym wrocławskim gravel attack. Że trasa taka, że gór nie trzeba, że nawroty (nie mylić z cyklokrosem!) i single. Że buzia się śmieje i trzeba to wygrać było!

Przed chwilą wzięliśmy udział w pierwszej edycji cyklu (!!!) Szutermaster, jedynej górskiej w Iwoniczu Zdroju, a jeszcze dwie przed nami – Suwalszczyzna i Mazowsze czeka.

Dosłownie za kilka dni startuje najcięższy z etapowych – Poland Gravel Race z 10 000 metrów przewyższenia i epicką jazdą przez większą część polskich karpat. Ten wyścig był w TOP3 rzeczy jakie na gravelu zrobiłem w 2019. Piekielnie dobre pięćset kilometrów jazdy po górach. 

Idąc dalej… 200 miejsc na 500 kilometrów “najlepszych szutrach Warmii i Mazur”, czyli Great Lakes Gravel rozeszło się w mniej niż 24h od otwarcia zapisów. 

Coś tu się jednak dzieje!

Szutermaster w Iwoniczu Zdroju, czyli Beskid Niski dla opornych.

Czy da się napisać coś złego o 100 kilometrach po górach na gravelu na granicy Beskidu Niskiego i Bieszczad, repecie dnia drugiego po słowackiej stronie (to już nie zawody), żarciu takim, że głowa mała, kraftowych piwach w butlach, że aż szkoda otwierać i atrakcjach w hotelu, że szkoda się wymeldować? Jeśli to wszystko na koszt organizatora, to na pewno nie wypada. Na szczęście nie trzeba.


Start na rowerze MTB w gravelowym wyścigu jest jak sex z nastolatką. Łatwo, ale po wszystkim, trochę wstyd przyrzynać się kumplom.

obecnie tylko tyle możemy zrobić.

Na metę wpadamy paką, po 6h jazdy. Na gorąco chłopakom relacjonujemy wrażenia z trasy, że dużo asfaltu, że nierówna (trasa, nie asfalt), że odcinki takie, że pękają oczy, bo łładnie, ale też takie, że bez sensu. Że łatwo i nie ma wyzwań, a jak są to krótko i jak się człowiek zapali do singli w dół po korzeniach, to już wali szutrostradą w dół. I że flow był, ale tylko czasami i nie było spójnie od startu do mety. Gravelowy trans z wylegiwaniem się na polanie, nie został odbyty.

Mając refleksję kilku dni po starcie, szerszy kontekst tego wydarzenia, jestem bardziej obiektywny. To była dobra trasa dla każdego, kto zdecydował się na udział w tym wyścigu.

Tak być musi. Gravelowe imprezy są obecnie na etapie tworzenia swojej tożsamości, zabiegania o atencję uczestników, najlepszej najszerzej. Bez wykluczeń i ograniczeń. To jeszcze nie ten moment rozwoju, kiedy organizatorzy odcinają i wyrzucają poza klasyfikację osoby bez gravela, bo to oznacza, że liczba uczestników spadnie o połowę.

To nie ten moment, kiedy trudności na trasie będą odbierały możliwość ukończenia wyścigu części uczestników, bo liczba spadnie znowu o kilka procent. Nie taki też cel, a równy balans między trudno, niemożliwie na trasie w górach często zależy od pogody.

Poprzeczka zawieszona najwyżej.

Nawet gdybyście jazdą na rowerze zainteresowani byli mniej, to bez zająknięcia brać udział w kolejnych edycjach warto. To, że orgowie mają kompetencje do organizacji takich imprez widać było od samego startu. Pakiet startowy, gadżety, wyposażenie bufetów (podczas wyścigu były 2), oprawa foto przez pro fotografów. 

Ale nic nas nie mogło przygotować na to co działo się na afterze! Piotr Szymkowiak odpalił taką bombę z serwowanym przez siebie żarciem, że gdyby nawet miał to być mój ostatni posiłek (którykolwiek z tej długiej listy poniżej), to biere!

Zresztą zobaczcie sami co było – turbokonkrety. Afterparty menu:

  1. Zupa kimchi z cieciorką i szpinakiem lub inną zieleniną [vegan kociołek]
  2. Vegetales y frutas (warzywa) a la plancha (z blachy nad ogniskiem) z dzikim vinegret (oliwa, cytryny, cukier brązowy i lokalne zioła) [vegan blacha]
  3. Carne asados (mięsa) z salsa verde (zioła lokalne z oliwą i orzechami), roja (pomidory San Marzano z oliwą i szalotkami) i bianca (jogurt grecki z oliwą i czosnkiem) [mięsna krata]
  4. Cubanos. Pulled pork/masło/szynka/musztarda/zielony pieprz/proziaki [mięsny kociołek]
  5. Pollos del fuego – drób wypełniony ziołami, pieczony nad żarem i polewany roztopionym masłem
  6. Sałata z arbuza, cebuli, chilli i owczego sera (lub wędzonego tofu, jak wolisz) [vegan]
  7. Mieszanka sałat zielonych z ziołami lokalnymi i dressingiem z oliwy i kaparów w occie z odrobiną cukru brązowego [vegan]
  8. Proziaki!

Już przy zmierzchającym afterze, po kilku Duklach, w luźnych rozmowach dochodzimy do wniosku, że to co dzieje się teraz na polskiej scenie wyścigów grvelowych jest analogią do tworzenia się i profesjonalizacji wyścigów enduro kilka lat temu. Droga od kameralnych imprez do kalendarza z cyklami zawodów i klasyfikacją generalną wydaje się przesądzona. Przebiegnie szybciej niż nam się wydaje, bo bariera wejścia w gravela jest dużo niższa niż w jazdę enduro!

Dwie tezy na koniec

Publicznie stawiam 2 tezy, aby tak jak w przywołanym na wstępie artykule o amerykańskim śnie, który zaczął się spełniać i one proroczo pchnęły nas właśnie w tym kierunku.

1. Nie da się wyznaczyć trasy gravelowych zawodów w taki sposób, aby bez ograniczeń regulaminowych o zakazie startu na rowerach MTB, objechać tych z szeroką gumą, a jednocześnie trasa nie była płaska i nudna jak flaki z olejem (obecnie jedynie pozostaje się na śmiać z tych, którzy jadą na górskich rowerach gravelowe imprezy, pisząc że start na rowerze MTB w takim wyścigu jest jak sex z nastolatką. Łatwo, ale po wszystkim wstyd się przyznać).

2. Nie da się zrobić lepszego aftera niż był na Szutermasterze w Iwoniczu – to co się tam zadziało w sferze kulinarnej + browar Dukla, staje się wyznacznikiem dobrej imprezy na koniec ścigania.

Przez czeremchę na słowację.

Następnego dnia z rekomendacji organizatorów pojechaliśmy wycieczkę z Jaślisk przez Czeremchę na Słowację. Było pięknie, ale tamte góry za granicą to już inna historia nic ze ściganiem nie mająca wspólnego.

Metryczka:

Wszystkie te mega foty które widzicie są autorstwa Manuela Uribe. Polecam zajrzeć na jego stronę www i FB.

Partnerem wydarzenia o którym należy wspomnieć był Samorząd Województwa Podkarpackiego

Patronem medialnym całego cyklu Szutermaster jest magazyn bikeBoard, więc kupujcie ten gazet!