Beskid Morawsko-Śląski

Ten Beskid, to idealne miejsce na pierwsze kroki z wielodniowym szwendaniem się po górach na gravelu. Wcale nie musisz być jakimś specjalnie wprawnym bikepakerem. W zasadzie, to wcale nie musisz nim być. Możesz wstać z fotela, napchać prowiant do torby, spakować wiatrówkę do kieszonki i śmiało ruszać ku przygodzie. Nic złego cię tam nie spotka. No chyba, że jednak spotka. Ale to też fajnie.


Co tutaj znajdziesz?

Treścią tego artykułu jest opis 4-dniowej podróży przez Beskid Morawsko-Śląski, która odbyła się w czerwcu 2019 roku.

Nieważne czy poszukujesz miejsca gdzie wybrać się na weekend, czy inspiracji na jednodniowego tripa od świtu do nocy. Nie ma też znaczenia jakie trunki pijasz lub w jakim języku mówisz. W tych górach czujesz się jak na zadupiu świata. Jeśli dodatkowo jesteś miłośnikiem starych ratraków ukrytych wśród traw i mchu. Jesteś w niebie.


Dzień 1: Trudna droga w góry

W sumie to nie jest taka oczywista sprawa, że na długie weekendy nie jeździ się w polskie góry. Nie jedzie się! Kryteria wyboru dla celu tej ekspedycji były precyzyjne. W trasie mamy spędzić 4 dni, na miejsce startu można dojechać pociągiem i takoż wrócić z mety. Śpimy w schroniskach lub innych przybytkach klasy “turystyka górska”, aby nie kalać się miastem lub wsią. Ludzi ma być tyle co nic, a jak już będą, to najlepiej jakieś aparaty. No i góry muszą być takie, aby ogarnąć to na gravelu. Żadne tam verty po hrebeniu śmierci, tylko turystyka rowerowa. Proste!

Start przypada na Wisłę, łatwo tam dotrzeć PKP. Samo podróżowanie koleją, to już przygoda, ale jak na pierwszy dzień długiego weekendu idzie całkiem sprawnie. Bilecik, peron (bez tłoku), rowery wesoło dyndają w rytm mijanych kilometrów. I cyk! Kurort! Perła śląskich uzdrowisk.

Jak przystało na prawdziwych podróżników, przed wyruszeniem w dzicz (i za granicę!) wrzucamy ostatniego eklerka i espresso na deptaku. Żegnamy się z cywilizacją i skaczemy w paszczę przygodzie. Hola. Hola! A falstart? 

Leje tak okrutnie, że wodoodporne kurteczki za kupę kasy można wkręcać, ledwie ujechaliśmy pierwszy podjazd do zameczku prezydenta, rozpętuje się taka burza, jaka już się potem nie rozpęta. Pioruny walą, ludzie kłębią się w pałacowej restauracji, wilgoć paruje okulary. Pierwszy browar. Nie dojechaliśmy do granicy, a już muszę pić polskie piwo. Świństwo!

Potem jest już tylko lepiej. Podjazd na Stecówkę w podnoszących się mgłach, zanim dotrzemy do Istebnej przebija pierwsze słońce. W kierunku Jaworznki, górami. Im bliżej granicy, tym ruch robi się mniejszy, a po jej przekroczeni zaczyna się festiwal nitek szutrów wijących się w lasach. Spokojnie, chłoniemy to wszystko powili chrzęszcząc oponami, zbieramy metry przewyższenia. Tu nie ma się gdzie spieszyć. 

Trochę szalony jak na gravelkowe opony zjazd w terenie studzi nasz górski zapał – błoto oblepiło rowery, utrudniając mocno jazdę. W dół robi się na granicy przyczepności. Nerwowo.
Ewidentnie mamy za dużo rzeczy, we wstępniaku trochę szarżowałem, że tylko kurteczka w kieszonce. Torby mamy wypchane bielizną jak na kwarantannę. Pierwsza zasada bajkpakerskich ekspertów –  spakuj się, a potem weź połowę, gdzieś nam umknęła.

Ostatni powiew cywilizacji, Mosty u Jablunkowa – szczekanie psów wyrywa gospodarza śpiącego na ławce przy  domu na zakręcie. Teraz 500 metrów w pionie podjazdu, najlepsza część dnia. Prawdziwe góry pachnące deszczem, a na końcu czeskie schronisko. Cesneková polévka, kluski na parze z bigosem (to ma jakąś czeską nazwę). Niczego tu więcej nie potrzeba.

Dystans i tack z dnia pierwszego poniżej – założeniem tej podróży było dużo czasu na planszówki południami (nigdy w nie nie gramy) i zachody słońca już po kąpieli (nigdy się nie to udaje). Pierwsze spanie było tutaj: http://www.kamennachata.cz/

STRAVA - Dzień 1STRAVA - Dzień 2STRAVA - Dzień 3STRAVA - Dzień 4

Dzień 2: Czesko-Słowackie pogranicze

Przy śniadaniu, czeska ekipa enduro nocująca w schronisku nieufnie przygląda się gumkom w gravelach. Prezentują się wyjątkowo mizernie w zestawieniu z balonami do mtb (gumki, nie Czesi), a konfrontacja jest nieunikniona – wszystkie rowery nocują między ławami w jadalni, ciężko przecisnąć się po sztućce, aby nie ufajdać się o jakiś ubłocony tobołek przymocowany do ramy. Po minach widać, że jest im wstyd (Czechom, nie tobołkom).

Dzisiaj praktycznie cały dzień spędzamy po słowackiej stronie, momentami nieśmiale wciskając się w doliny. Trawersujemy kawał masywu gór, trzymając się jego podstawy planujemy przedrzeć się ponownie do Czech, w okolice Łysej Hory. Patrząc na mapę, oczywistym jest, że można śmielej poprowadzić trasę czerwonym szlakiem granicznym. Oczywistym jest dla nas również fakt, że szybko zostalibyśmy skarceni za tą śmiałość. 

Słowacy coś popsuli. I to srogo. Do dzisiaj nie umiem wyjaśnić tego fenomenu, od granicy dzieli nas kilka kilometrów. To te same góry, widoczki i zapach lasu, ale jak tylko wjedziesz do słowackiej wsi to jest brzydko. Polsko jakby.

Dnia drugiego jedyne zetknięcie z cywilizacją większą niż kilka rozpadających się chałup, to Klokocov. Mają tu sklep. I bardzo dobrze, bo leje niemiłosiernie. Przetrząsamy kieszonki w poszukiwaniu słowackiej kasy, trochę zaskoczeni obrotem sprawy. Reflektujemy się, że to musi być prawdziwa podróż, bo 2 dni w drodze, a już 3 waluta. Jest tego niewiele, ale na szczęście przy wyborze czy pić, czy jeść nie ma zwady. Pijemy!

Na finał dnia zostają dwa podjazdy, na granice CZ-SK, a potem już na Bílý Kříž – przysiółek z kilku chałup i apartamentów na ponad 900 metrach. Jest też horska chata i czeski szynk, czyli wszystko czego nam potrzeba.

Utrzymujemy konwencję dystansu i przewyższenia jak w pierwszym dniu. Upijanie się podczas tripa zawsze wychodzi na dobre, bo zamiast człowiek moknąć (móc!) na deszczu, tylko lekko się chwieje. Drugie spanie było tutaj: http://chata-sulov.cz/

STRAVA - Dzień 1STRAVA - Dzień 2STRAVA - Dzień 3STRAVA - Dzień 4

Dzień 3: Lysa Hora

Łysa, to najwyższa góra morawsko-śląskiego. Często cel sam w sobie ambitnych szosowców ze względu na nachylenie na podjeździe przekraczające 11% , a momentami skaczące do 14. Koncept tego podjazdu jest taki, że im wyżej tym trudniej, a obfitujące w najwięcej wulgaryzmów odcinki są przed samym szczytem. Zanim dotrzemy do jego początku czeka nas przeszywający zimnem zjazd w kierunku Starych Hamrów (mroźne poranki w czerwcu?), oszałamiająca stokówka wysoko ponad taflą jeziora i podjazd zwieńczony czeskim piwem i plackiem z jagodami do Krasnej aka Jeżanek. Piękny dzień. 

Jest dokładnie tak, jak w powyżej napisane. Im wyżej w podjazd, tym trudniej. Obładowane tobołkami gravele nie pomagają, a tradycji musi stać się zadość. Po słonecznym poranku pozostało tylko wspomnienie, czarne chmury kłębią się nad nami już od dłuższego czasu. Czekamy w zasadzie tylko na wyrok, który nie nadchodzi. Ledwie zaczęło kropić, kiedy widzimy iglicę masztu na szczycie Łysej. To znak, że już blisko finał tej męki. Całą aferę z dzisiejszą burzą spędzamy w knajpie na szczycie zajadając się czeskimi przysmakami. 

Radzi z suchości, modyfikujemy pierwotny plan dostania się do Moravki górami. Spadło właśnie tryliard litów wody, wybieramy bezpieczną opcję asfaltu i 20 km zjazdu. To wymaga przedsiębrania szczególnych środków ochrony, więc ubieramy chyba wszystko co mamy w torbach na siebie. Pi i Sigma. Wizja romantycznego kolarstwa i smukłych ciał w lycrze ostatecznie legła w gruzach. 

Tak tak. W związku z tym, że jest cały czas pod górę, leje i jest zimno, znowu jest zgodnie z konwencją. Trzecie spanie było tutaj: http://www.chataprasiva.cz/

STRAVA - Dzień 1STRAVA - Dzień 2STRAVA - Dzień 3STRAVA - Dzień 4

Dzień 4: Javorový 

Zanim wyruszymy na “na ostatnią górę tego tripa” koniecznie trzeba wspomnieć o chacie Prašivá. To najlepsze miejsce do spędzenia nocy w całym morawsko-śląskim. Jest klimat, żarcie, czeskie bombelki w śpiochach przewalające się po podłodze (o dziwo nie drą mordy, bo czeskie), wschód słońca wpadający prosto do okna. Rano są jakieś ekscesy śniadaniowe, ale to w sumie rowerowa wycieczka. Anthony Bourdain przecież nie żyje, więc przymkniemy na to oko.

Konkrety dnia 4 – Javorový. Górę znamy, bo to pierwsza górką za granicą na której od 10 lat tłuczemy single wykopane przez czeskich fanów enduro. Tam zawsze jest świetnie. Pomni nauki, że zawsze na podjeździe zbiera się burza, potem musimy pić alkohol i ciężko gdziekolwiek dojechać, wjeżdżamy na tą górę wyciągiem. Idealnie! Świeci słońce.

Javorový to nie jest jakaś dzicz, to popularna góra na którą ciągną w weekendy pielgrzymki z pobliskiego Trzyńca. Gwar schroniska, co rusz wybuchające czasze paralotni startujących z polany przy szczycie sugerują, że izolacja dobiega końca. Czas zmierzyć się z powrotem do Polski.

Kto uważnie czytał od początku, zna założenia tej wycieczki – dojazd na miejsce startu i powrót pociągiem. Teoretycznie najbliżej granicy jest Cieszyn, ale logistyka podróżowania na trasie Cieszyn – Katowice, to wyższa szkoła jazdy. Kto ogarnia te rozkłady PKP. Finalnie pada na Goleszów, oblewamy się rumieńcem wstydu, bo nazwa nijak nie koresponduje z przygodą. Nasz epicki trip, 4 dni podróży na rowerach przez góry kończy się w Goleszowie. Chujowo.

Nie jestem fanem jazdy na rowerze po Polsce. Z wzajemnością. Zanim jeszcze znajdziemy się w kraju, finiszujemy singlami wzdłuż Olzy. Wały porośnięte wysoką trawą, kaczki co rusz nerwowo startują z tataraku poderwane do lotu terkotem piasty (Syntace!). Ostatnie wspomnienie Czech.

Czwartego dnia wychodzi więcej jazdy, ale spokojnie – duża część to asfalty. Przewyższenie zawiera również podróż wyciągiem na Javorový.

STRAVA - Dzień 1STRAVA - Dzień 2STRAVA - Dzień 3STRAVA - Dzień 4

Nie wiem czy to mikroprzygoda, czy już przygoda. Nie o kategorie i szufladki tu chodzi. Czechy to oczywisty rowerowy kierunek od zawsze, a eksplozja gravelowej sceny zainteresowanie Czechami jeszcze tylko zwiększy. Beskid Morawsko-Śląski to cały czas nieodkryty region, dostępny i dziki. Poprzecinany wieloma kilometrami szutru, idealnie nadaje się na pierwsze kroki dla aspirujących do ambitnych w górach podróżników. Pakujcie manatki, przygoda czeka!